Po odprowadzeniu basiora, poszłam prosto do swojej jaskini, czułam narastające zmęczenie. Powieki mimowolnie mi się zamykały, więc nie zdziwiłabym się, gdybym zasnęła gdzieś pod starym pniem.
-Aaa..-ziewnęłam.
Weszłam do jaskini, posprzątałam filiżanki, schowałam herbatę. Poszłam do łazienki, umyłam się i skierowałam w stronę sypialni. Ułożyłam się na legowisku i zasnęłam.
Śniła mi się moja wataha, jeszcze zanim ja nią rządziłam. Mama i tata byli radośni, tak jak pozostali członkowie watahy. Nagle sen przeobraził się w koszmar, cały obraz szczęśliwego królestwa przerwała jedna rzecz - wojna. Natychmiast się obudziłam, cała spocona głośno oddychałam. Po chwili, nabrałam głębszych oddechów i próbowałam się uspokoić. Nie mogłam..Wspomnienia z dzieciństwa w śnie były na tyle wyraźne, że nie mogłam ich wymazać, kiedy zamykałam oczy.
Wyszłam na dwór, zimowa noc otuliła mnie chłodnym powietrzem. Poszłam w stronę jeziora, tam uspokajałam się, podejmowałam decyzje i myślałam. Moja oaza jak zwykle o tej porze była opustoszała, oczywiście poza nocnymi żyjątkami. Rozsiadłam się wygodnie i spojrzałam w górę. Na niebie świecił ogromny księżyc. Oświetlał całą watahę, poczułam się bezpiecznie. Kiedy już się uspokoiłam, wróciłam do jaskini i zasnęłam.
***
Po ciężkiej nocy, niewyspana i zmęczona zmusiłam się by wstać z łóżka. Zjadłam śniadanie i ruszyłam na obchód watahy tak jak co dzień. Kiedy dotarłam na skraj lasu zauważyłam, Kenai'ego. Nie miałam ochoty na rozmowę z nim lecz nie miałam pomysłu jak go wyminąć.
-Hej Touka! - zawołał.
-Cześć. -powiedziałam sucho i szorstko, prawie jak zwykle.
-Widzę, że coś nie w sosie, szkoda bo taka ładna pogoda..
Spojrzałam na bezchmurne niebo.
-Owszem.
-Coś się stało? -powiedział spoglądając na mnie przejmującym wzrokiem.
-Nie, nic. Muszę już iść..-powiedziałam po czym chwiejąc się na nogach poszłam przed siebie.
-Tak bez pożegnania? - wzruszył ramionami.
<Kenai?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz