- Najmocniej ciebie przepraszam, ale nienawidzę wody - prychnąłem do Jaspera z dezaprobatą. Ten spojrzał na mnie roześmiany, po czym odwrócił się przodem do wody. - Nie mam zamiaru siłować się z moim ogonem, żeby znowu zapłonął - usłyszałem plusk, jednak nie miałem zamiaru się odwracać. - Zdajesz sobie sprawę z tego, ile czasu zajmuje mi odrodzenie tego głupiego płomyka? Nie chciałbyś być na moim.... Aua! - wrzasnąłem, gdy coś obślizgłego uderzyło w mój pysk.
- Smacznego, panie Nienawidzę Wody - rzucił basior, który prawie cały siedział w wodzie.
- Co to jest? - potrząsnąłem głową zdezorientowany, a łapą postarałem się wyczyścić pysk.
- Nigdy w życiu nie widziałeś ryby? - zdziwił się Jasper, posyłając mi zażenowane spojrzenie.
- Widziałem, a nawet jadłem - burknąłem do niego, kiedy skończyłem zrzucać z nosa klejące się łuski. - W Japonii było więcej ryb niż roślin.
- A boisz się ryb? - roześmiał się basior, podpływając bliżej. Zmrużył lekko oczy.
- Nie... - odparłem ostrożnie. - Przesadzasz, ty mały...! - warknąłem wściekły, kiedy kolejna ryba uderzyła w mój pysk. Otworzyłem szybko oczy i od razu zobaczyłem balansującą na moim nosie, martwą już rybę. Zrzuciłem ją łapą, po czym posłałem duszącemu się ze śmiechu basiorowi gniewne spojrzenie.
- Tylko dlatego, że nie chcę dzisiaj słyszeć żadnych zrzędzących wader, nie rzucę się na ciebie z pazurami - pogroziłem mu. Jasper tylko spojrzał na mnie nawiedzony atakami śmiechu.
A więc tak się bawimy.
Rozejrzałem się po okolicy w poszukiwaniu piachu. Gdy tylko znalazłem tą ziarnista amunicję, zwilżyłem ją śliną, po czym cisnąłem jedną z kulek prosto w brzuch Jaspera.
- Też umiem rzucać i brudzić wilki! - krzyknąłem z brzegu. Basior zdziwiony spojrzał na mnie, potem na piach, który powoli spływał po nim.
- Właśnie widzę - odkrzyknął ze złowieszczym uśmieszkiem na pysku.
- Taki uprzejmy wilk przystaje na walkę na piaskowe kulki? - zadrwiłem, szykując kolejny pocisk.
<Jasper?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rinermai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rinermai. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 kwietnia 2016
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Od Rinermai'ego cd Shiiny
Chwila, chwila... Że co?
- A-ale jak? - wydukałem oszołomiony, spoglądając to na waderę, to na rośliny, które wyczarowała.
- Wytłumaczę ci innym razem - odparła beznamiętnie, po czym spojrzała przelotnie w stronę, gdzie poszło wiśniowe drzewo.
- Nie, nie - zagrodziłem jej drogę, kiedy chciała odejść. - Jak? Jak?! - ponowiłem pytanie, prostując się tak, że przewyższałem Shiiny o głowę. Wyciągnąłem szyję, więc pewnie z daleka wyglądałem jak jakaś świrnięta żyrafa. Ale kogo to obchodzi...
- Wyluzuj - burknęła, omijając mnie i posyłając niechętne spojrzenie.
- Przepraszam, co?! - tym razem to zaczynało mi naprawdę odwalać. ruszyłem za nią, jednak przypomniałem coś sobie. - Zaczekaj - rozkazałem pośpiesznie i wróciłem na polankę, gdzie cały czas rosły upragnione rośliny.
A, co tam, biere wszystko.
Wyrwałem zioła razem z korzeniami, po czym obejrzałem się za waderą. Och, nie wierzę.
Wlokła się tak wolno, że nawet nie zmienił się jej rozmiar, kiedy na nią patrzyłem. Ugh, na Ignis, to zaczyna być dziwne.
- Zakekaj! - zawołałem, wypluwając przy tym trochę ziemi z pyska. Puściłem się niezbyt szybkim biegiem za Shinny i już po chwili zrównałem się z nią. Świetnie, nawet nie zwróciła na mnie uwagi.
Znaczy, nie, żeby mnie obchodziło, czy się mną interesuje.
- O, popakcz! - zatrzymałem jej ślimaczy chód łapą i dopadłem spopieloną torbę, którą wcześniej podpaliłem. Z zapałem wyplułem rośliny z pyska, pozbyłem się także ohydnej ziemi i zacząłem pakować zioła z powrotem do sakwy. Gdy skończyłem, obróciłem się w stronę Shiiny, ale... jej nie było. Żabia twarz, co za niezrozumiała istota.
Zarzuciłem niedbale bagaż na grzbiet, a potem zdecydowanie szybciej ruszyłem za białą waderą, bo pakowanie tych roślin i czyszczenie torby zajęło mi kilka minut.
Ale nie, musiałem odszukać ją za pomocą węchu, gdyż zdążyła zniknąć na dobre i niedobre. Zacząłem łapczywie wciągać powietrze, aż wyczułem dość znajomą woń. Woń wiśni, a Shiiny z jakiegoś powody wręcz emanowała tym zapachem. Czym prędzej pobiegłem do źródła woni, aż po kilku minutach zatrzymałem się w wejściu do kolorowej od obrazków jaskini. Rozejrzałem się zdezorientowany i, muszę to przyznać - prawie posrałem się z wrażenia.
- Może dzięki temu coś kojarzysz? - zapytała Shiiny, która nagle wyłoniła się z głębi jamy. Spojrzała na mnie wyczekująco, uśmiechając się delikatnie.
- Jak? - zdołałem z siebie wydusić, a reszta słów ugrzęzła mi w gardle. Cofnąłem się, jakby przerażony, od wejścia i posłałem waderze niepewne spojrzenie, kiedy ruszyła za mną bez pośpiechu. - Jak?! - ponowiłem pytanie bliski histerii.
Jestem ciotą. Jedna wielką ciotą. Przecież to tylko obrazki, a aż połowa z nich przedstawia mnie.
Do cholery, jak?!
<Shiiny? Napięcie rośnie jak twoje rośliny ;D>
- A-ale jak? - wydukałem oszołomiony, spoglądając to na waderę, to na rośliny, które wyczarowała.
- Wytłumaczę ci innym razem - odparła beznamiętnie, po czym spojrzała przelotnie w stronę, gdzie poszło wiśniowe drzewo.
- Nie, nie - zagrodziłem jej drogę, kiedy chciała odejść. - Jak? Jak?! - ponowiłem pytanie, prostując się tak, że przewyższałem Shiiny o głowę. Wyciągnąłem szyję, więc pewnie z daleka wyglądałem jak jakaś świrnięta żyrafa. Ale kogo to obchodzi...
- Wyluzuj - burknęła, omijając mnie i posyłając niechętne spojrzenie.
- Przepraszam, co?! - tym razem to zaczynało mi naprawdę odwalać. ruszyłem za nią, jednak przypomniałem coś sobie. - Zaczekaj - rozkazałem pośpiesznie i wróciłem na polankę, gdzie cały czas rosły upragnione rośliny.
A, co tam, biere wszystko.
Wyrwałem zioła razem z korzeniami, po czym obejrzałem się za waderą. Och, nie wierzę.
Wlokła się tak wolno, że nawet nie zmienił się jej rozmiar, kiedy na nią patrzyłem. Ugh, na Ignis, to zaczyna być dziwne.
- Zakekaj! - zawołałem, wypluwając przy tym trochę ziemi z pyska. Puściłem się niezbyt szybkim biegiem za Shinny i już po chwili zrównałem się z nią. Świetnie, nawet nie zwróciła na mnie uwagi.
Znaczy, nie, żeby mnie obchodziło, czy się mną interesuje.
- O, popakcz! - zatrzymałem jej ślimaczy chód łapą i dopadłem spopieloną torbę, którą wcześniej podpaliłem. Z zapałem wyplułem rośliny z pyska, pozbyłem się także ohydnej ziemi i zacząłem pakować zioła z powrotem do sakwy. Gdy skończyłem, obróciłem się w stronę Shiiny, ale... jej nie było. Żabia twarz, co za niezrozumiała istota.
Zarzuciłem niedbale bagaż na grzbiet, a potem zdecydowanie szybciej ruszyłem za białą waderą, bo pakowanie tych roślin i czyszczenie torby zajęło mi kilka minut.
Ale nie, musiałem odszukać ją za pomocą węchu, gdyż zdążyła zniknąć na dobre i niedobre. Zacząłem łapczywie wciągać powietrze, aż wyczułem dość znajomą woń. Woń wiśni, a Shiiny z jakiegoś powody wręcz emanowała tym zapachem. Czym prędzej pobiegłem do źródła woni, aż po kilku minutach zatrzymałem się w wejściu do kolorowej od obrazków jaskini. Rozejrzałem się zdezorientowany i, muszę to przyznać - prawie posrałem się z wrażenia.
- Może dzięki temu coś kojarzysz? - zapytała Shiiny, która nagle wyłoniła się z głębi jamy. Spojrzała na mnie wyczekująco, uśmiechając się delikatnie.
- Jak? - zdołałem z siebie wydusić, a reszta słów ugrzęzła mi w gardle. Cofnąłem się, jakby przerażony, od wejścia i posłałem waderze niepewne spojrzenie, kiedy ruszyła za mną bez pośpiechu. - Jak?! - ponowiłem pytanie bliski histerii.
Jestem ciotą. Jedna wielką ciotą. Przecież to tylko obrazki, a aż połowa z nich przedstawia mnie.
Do cholery, jak?!
<Shiiny? Napięcie rośnie jak twoje rośliny ;D>
sobota, 16 kwietnia 2016
Od Rinermai'ego do Shiiny
Minęło kilka dni od dołączenia do watahy. Zdążyłem poznać kilka wilków, jednak wydaje mi się, że i tak była to mała część całego stada. Ale, jakby bogowie byli przeciwko mi, żaden z nich nie tolerował tego, że pale.
Co w tym złego? Wiem, moje płuca staja się mniej wydatne i bla bla bla, ale inaczej mógłbym kogoś zabić. czasem jestem po prostu zbyt zdenerwowany i potrzebuje czegoś, co mnie uspokoi.
Znów położyłem się na dachu mojej jaskini, lecz tym razem bez papierosa. Był mały problem - kończyły mi się zapasy tytoniu i na razie nie mogłem znaleźć żadnego innego zioła. Planowałem już wczoraj wyruszyć na poszukiwanie czegoś odpowiedniego, ale oczywiście nie chciało mi się ruszyć tyłka wtedy, jak i dzisiaj. Westchnąłem znudzony, a mój wzrok utkwił w suchej równinie, która rozciągała się przede mną. Dopiero na horyzoncie widziałem obrzeża lasu.
Ale coś mi nie pasowało.
Czułem na sobie czyiś wzrok, lecz nie potrafiłem stwierdzić, do kogo należał, ani gdzie ten wilk się znajdował. Podniosłem łeb i rozejrzałem się uważnie. Zacząłem węszyć, aż wyczułem dość nietypowy zapach. Wstałem z kamienia, wejście do jamy zastawiłem większym głazem, po czym truchtem ruszyłem w kierunku silnej woni owoców.
Z czasem, jak zapach stawał się intensywniejszy, nabierałem coraz większej ochoty na zapalenie czegoś. Zatrzymałem się i zajrzałem do małej torby, którą zabrałem ze sobą.
Uwielbiam to. Pustka w sakwie.
Sfrustrowany zrzuciłem z siebie bagaż, który z impetem uderzył w świerk rosnący z mojej prawej strony. Potem niechętnie chwyciłem torbę w zęby i wznowiłem marsz.
Ach, ale ta podróż miała obyć się bez przeszkód?
Woń sakwy wpadała do mojego nosa, dlatego po chwili straciłem trop. Wyplułem niepotrzebny bagaż z pyska, po czym zająłem go ogniem z ogona. Klapnąłem zadem obok malutkiego ogniska i czekałem, aż skończy płonąć.
Miałem możliwość rozejrzenia się po lesie. Wszędzie rosły świerki, rzadziej drzewa liściaste, a pomiędzy nimi gęste krzewy. Gdzieś przeleciał ptak, a w oddali zauważyłem tego głupiego jednorożca. Prychnąłem pogardliwie, gdy przypomniałem sobie moje spotkanie z tym głupim stworzeniem.
Kilka minut później moja stara torba przestała się palić. Zasypałem ją wilgotnym piachem i znów zacząłem węszyć. O, teraz w prawo.
Mijałem głównie drzewa liściaste, które najwyraźniej rosły w tej części lasu zdecydowanie gęściej. Nagle dostrzegłem w oddali jakąś malutką polanę z wiśniowym drzewem na środku. Zacząłem truchtem biec w tamtą stronę, jednak zachowałem dyskrecję. Po chwili zatrzymałem się przy drzewie, które tworzyło granicę pomiędzy malutką polanką a lasem. Uważnie przyjrzałem się różowemu drzewku.
Wyglądało to poetycko, a mówię to ja, Rinermai we własnej osobie. Wiatr subtelnie porywał ze sobą różowe liście kwiatów, a potem wirował z nimi wokół drzewa. Gałęzie delikatnie uginały się w jednym miejscu, odstając minimalnie od reszty.
Wyszedłem z lasu i zatrzymałem się dwa metry przed drzewem. Widziałem coś czarnego pomiędzy kwiatami oraz gałęziami. Usiadłem powoli, nie spuszczając wzroku z czegoś, co prawdopodobnie kryło się na drzewie.
- Jest tu kto? - wygiąłem pysk w lekkim uśmiechu, gdy pomyślałem "Ale tu przecież nikogo nie ma! Chyba..."
Coś poruszyło się na gałęzi, lecz potem spadło z niej na ziemię. Zauważyłem jedynie biało - czarną sylwetkę jakiegoś wilka. Spojrzałem w jego stronę z lekkim politowaniem w moich ognistych oczach.
- No, chyba ktoś tu jest - mruknąłem do siebie, wstając. Podszedłem trochę bliżej i zatrzymałem się półtora metra przed wilkiem. Chwile później raczył obrócić się w moją stronę. - Meiyo - uśmiechnąłem się szyderczo.
- Rakka - ucięła obojętnie, rozmasowując jedną łapą grzbiet. Była prawie cała biała, ewentualnie gdzieniegdzie dostrzegłem czarne elementy.
- Co tak ostro? - prychnąłem.
Wadera nie powiedziała nic więcej.
- Shiina - odezwała się ostrożnie, kiedy chciałem ziewnąć.
<Shiina?>
Co w tym złego? Wiem, moje płuca staja się mniej wydatne i bla bla bla, ale inaczej mógłbym kogoś zabić. czasem jestem po prostu zbyt zdenerwowany i potrzebuje czegoś, co mnie uspokoi.
Znów położyłem się na dachu mojej jaskini, lecz tym razem bez papierosa. Był mały problem - kończyły mi się zapasy tytoniu i na razie nie mogłem znaleźć żadnego innego zioła. Planowałem już wczoraj wyruszyć na poszukiwanie czegoś odpowiedniego, ale oczywiście nie chciało mi się ruszyć tyłka wtedy, jak i dzisiaj. Westchnąłem znudzony, a mój wzrok utkwił w suchej równinie, która rozciągała się przede mną. Dopiero na horyzoncie widziałem obrzeża lasu.
Ale coś mi nie pasowało.
Czułem na sobie czyiś wzrok, lecz nie potrafiłem stwierdzić, do kogo należał, ani gdzie ten wilk się znajdował. Podniosłem łeb i rozejrzałem się uważnie. Zacząłem węszyć, aż wyczułem dość nietypowy zapach. Wstałem z kamienia, wejście do jamy zastawiłem większym głazem, po czym truchtem ruszyłem w kierunku silnej woni owoców.
Z czasem, jak zapach stawał się intensywniejszy, nabierałem coraz większej ochoty na zapalenie czegoś. Zatrzymałem się i zajrzałem do małej torby, którą zabrałem ze sobą.
Uwielbiam to. Pustka w sakwie.
Sfrustrowany zrzuciłem z siebie bagaż, który z impetem uderzył w świerk rosnący z mojej prawej strony. Potem niechętnie chwyciłem torbę w zęby i wznowiłem marsz.
Ach, ale ta podróż miała obyć się bez przeszkód?
Woń sakwy wpadała do mojego nosa, dlatego po chwili straciłem trop. Wyplułem niepotrzebny bagaż z pyska, po czym zająłem go ogniem z ogona. Klapnąłem zadem obok malutkiego ogniska i czekałem, aż skończy płonąć.
Miałem możliwość rozejrzenia się po lesie. Wszędzie rosły świerki, rzadziej drzewa liściaste, a pomiędzy nimi gęste krzewy. Gdzieś przeleciał ptak, a w oddali zauważyłem tego głupiego jednorożca. Prychnąłem pogardliwie, gdy przypomniałem sobie moje spotkanie z tym głupim stworzeniem.
Kilka minut później moja stara torba przestała się palić. Zasypałem ją wilgotnym piachem i znów zacząłem węszyć. O, teraz w prawo.
Mijałem głównie drzewa liściaste, które najwyraźniej rosły w tej części lasu zdecydowanie gęściej. Nagle dostrzegłem w oddali jakąś malutką polanę z wiśniowym drzewem na środku. Zacząłem truchtem biec w tamtą stronę, jednak zachowałem dyskrecję. Po chwili zatrzymałem się przy drzewie, które tworzyło granicę pomiędzy malutką polanką a lasem. Uważnie przyjrzałem się różowemu drzewku.
Wyglądało to poetycko, a mówię to ja, Rinermai we własnej osobie. Wiatr subtelnie porywał ze sobą różowe liście kwiatów, a potem wirował z nimi wokół drzewa. Gałęzie delikatnie uginały się w jednym miejscu, odstając minimalnie od reszty.
Wyszedłem z lasu i zatrzymałem się dwa metry przed drzewem. Widziałem coś czarnego pomiędzy kwiatami oraz gałęziami. Usiadłem powoli, nie spuszczając wzroku z czegoś, co prawdopodobnie kryło się na drzewie.
- Jest tu kto? - wygiąłem pysk w lekkim uśmiechu, gdy pomyślałem "Ale tu przecież nikogo nie ma! Chyba..."
Coś poruszyło się na gałęzi, lecz potem spadło z niej na ziemię. Zauważyłem jedynie biało - czarną sylwetkę jakiegoś wilka. Spojrzałem w jego stronę z lekkim politowaniem w moich ognistych oczach.
- No, chyba ktoś tu jest - mruknąłem do siebie, wstając. Podszedłem trochę bliżej i zatrzymałem się półtora metra przed wilkiem. Chwile później raczył obrócić się w moją stronę. - Meiyo - uśmiechnąłem się szyderczo.
- Rakka - ucięła obojętnie, rozmasowując jedną łapą grzbiet. Była prawie cała biała, ewentualnie gdzieniegdzie dostrzegłem czarne elementy.
- Co tak ostro? - prychnąłem.
Wadera nie powiedziała nic więcej.
- Shiina - odezwała się ostrożnie, kiedy chciałem ziewnąć.
<Shiina?>
czwartek, 14 kwietnia 2016
Od Rinermai'ego cd Touki
Szczerze? Żadna, nie wiem czemu.
Świetnie. Odwala mi.
- Ta pierwsza wydała się fajna. Wprowadzę się już, dzięki za pomoc - powiedziałem najuprzejmiej jak potrafiłem. Wadera uśmiechnęła się do mnie niepewnie, po czym samotnie ruszyła w jaśniejsze tereny. Gdy upewniłem się, że nikt nie kręci się w okolicy, wyjąłem z kieszeni kolejnego papierosa.
- Od kiedy to tytoń i marihuana to chemikalia? - prychnąłem z pogardą, trzymając między zębami papierosa. Przysunąłem do końcówki moją łapę, po czym stworzyłem na niej mały płomyk. Wypuściłem powietrze przez usta, by skręt nie zapłonął.
A teraz zobaczmy, co wybrałem.
Skierowałem się do wejścia mojej jaskini. Wewnątrz znalazłem dość dużą przestrzeń, którą mogłem zostawić lub wypełnić. Przyjrzałem się wszystkiemu jeszcze raz, po czym wyszedłem na dwór i rozłożyłem się na kamieniu, tworzącym dach mojego nowego domu. Patrzyłem w kierunku, w którym zmierzałoby się, gdyby wyszło się z jaskini. Za mną rozciągał się las, jednak nieco bardziej rzadki.
Och, od kiedy jestem takim wytrawnym poeta.
- Jak bardzo pokręcony jest ten las, że znalazłem tutaj jednorożce? - mruknąłem do siebie, wypuszczając z pyska kolejny kłąb dymu. Po chwili złapałem papierosa w łapy, a z ust wypuściłem dym, który zamienił się w pierścień. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy moje dzieło poszybowało w dal.
Co, na Ignis?
Jakiś dziwnie brązowo - zielony wilk znalazł się w zasięgu mojego wzroku.
- Kangei! - wrzasnąłem jak opętany, po czym podniosłem się z ziemi, wcześniej wkładając niedopałek z powrotem do pyska. Basior (chyba) odwrócił łeb w moja stronę. Rzuciłem się biegiem w jego stronę. - Kangei, nie słyszałeś?! - wysapałem, kiedy zatrzymałem się obok niego. Jakie to dziwne, że nie uciekł z wrzaskiem.
- Słucham? - odparł zdziwiony, uśmiechając się lekko. Przekręcił lekko łeb, by lepiej mi się przyjrzeć.
- Ach, no tak! - pacnąłem się łapą w łeb. - Nie te strony...
- Przepraszam, ale ty jesteś...? - zapytał lekko podejrzliwie.
- Rinermai - w tym momencie moje oczy zabłysły w kolorach ognia. Uśmiechnąłem się tajemniczo, lecz potem uśmiech zszedł z mojej twarzy. - To był mój papieros!
- Nie można palić - przerwał mi, mocno wgniatając tytoń w ziemię. - I jestem Jasper.
- Ach, Jaspóś, jak mi miło - warknąłem do niego przymilnie.
<Jasper?>
Świetnie. Odwala mi.
- Ta pierwsza wydała się fajna. Wprowadzę się już, dzięki za pomoc - powiedziałem najuprzejmiej jak potrafiłem. Wadera uśmiechnęła się do mnie niepewnie, po czym samotnie ruszyła w jaśniejsze tereny. Gdy upewniłem się, że nikt nie kręci się w okolicy, wyjąłem z kieszeni kolejnego papierosa.
- Od kiedy to tytoń i marihuana to chemikalia? - prychnąłem z pogardą, trzymając między zębami papierosa. Przysunąłem do końcówki moją łapę, po czym stworzyłem na niej mały płomyk. Wypuściłem powietrze przez usta, by skręt nie zapłonął.
A teraz zobaczmy, co wybrałem.
Skierowałem się do wejścia mojej jaskini. Wewnątrz znalazłem dość dużą przestrzeń, którą mogłem zostawić lub wypełnić. Przyjrzałem się wszystkiemu jeszcze raz, po czym wyszedłem na dwór i rozłożyłem się na kamieniu, tworzącym dach mojego nowego domu. Patrzyłem w kierunku, w którym zmierzałoby się, gdyby wyszło się z jaskini. Za mną rozciągał się las, jednak nieco bardziej rzadki.
Och, od kiedy jestem takim wytrawnym poeta.
- Jak bardzo pokręcony jest ten las, że znalazłem tutaj jednorożce? - mruknąłem do siebie, wypuszczając z pyska kolejny kłąb dymu. Po chwili złapałem papierosa w łapy, a z ust wypuściłem dym, który zamienił się w pierścień. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy moje dzieło poszybowało w dal.
Co, na Ignis?
Jakiś dziwnie brązowo - zielony wilk znalazł się w zasięgu mojego wzroku.
- Kangei! - wrzasnąłem jak opętany, po czym podniosłem się z ziemi, wcześniej wkładając niedopałek z powrotem do pyska. Basior (chyba) odwrócił łeb w moja stronę. Rzuciłem się biegiem w jego stronę. - Kangei, nie słyszałeś?! - wysapałem, kiedy zatrzymałem się obok niego. Jakie to dziwne, że nie uciekł z wrzaskiem.
- Słucham? - odparł zdziwiony, uśmiechając się lekko. Przekręcił lekko łeb, by lepiej mi się przyjrzeć.
- Ach, no tak! - pacnąłem się łapą w łeb. - Nie te strony...
- Przepraszam, ale ty jesteś...? - zapytał lekko podejrzliwie.
- Rinermai - w tym momencie moje oczy zabłysły w kolorach ognia. Uśmiechnąłem się tajemniczo, lecz potem uśmiech zszedł z mojej twarzy. - To był mój papieros!
- Nie można palić - przerwał mi, mocno wgniatając tytoń w ziemię. - I jestem Jasper.
- Ach, Jaspóś, jak mi miło - warknąłem do niego przymilnie.
<Jasper?>
niedziela, 27 marca 2016
Od Rinermai'ego do Touki
Srata - ta - ta, muszę znaleźć miejsce do spania na tych terenach. Albo od razu jakąś watahę...
Idąc między drzewami, wiedziony zapachem w stronę jakiejś wody, wyciągnąłem z kieszeni joint'a. Ogonem podpaliłem końcówkę, po czym zaciągnąłem się słodkawym dymem.
Wtem, sru, jakby tego chciała Ignis, jednorożec przeciął mi drogę. Pogalopował dalej, zostawiając za sobą tumany kurzu i rżąc głośno. Zatrzymałem się, potem najpierw potrząsnąłem szybko głową, a później przyjrzałem się uważniej mojemu joint'owi. Nie, nie, wszystko z nim okej.
Skąd tu się, u licha, wzięły jednorożce?!
Gdy ja wypuszczałem dym przez nozdrza, cała zgraja jednorogich stworzeń przebiegła mi przed nosem, a jedno z nich raczyło poczęstować się moim niedopałkiem.
- Oddawaj to! - wrzasnąłem, rzucając się za jednorożcami w pogoń. - Poskarżę się twojej mamie, że palisz beze mnie, smarkaczu! - dodałem, gdy mijałem najwolniejszych członków patatającego stada.
Rumak z joint'em w grzywie galopował prawie na początku zgrai, jednak po chwili zmagania się z jego przewrażliwionymi rodzicami oraz innymi członkami tej chorej, błyszczącej rodziny, biegłem tuż za nim. Przygotowałem się do skoku na jego grzbiet, lecz to zwierzę raczyło wierzgnąć. Brawo, Rine, unik w ostatnim momencie.
- Niewychowany bachor - warknąłem do siebie, odsuwając się w biegu na bok. Jednorożec pomachał swoją szyją. - Niedorobiony nosorożec! Żyrafa! - pokrzykiwałem wyraźnie rozbawiony i wkurzony jednocześnie.
- Ej! - usłyszałem, kiedy udało mi się złapać równowagę na grzbiecie białego rumaka. - Co ty wyczyniasz?! - jakaś szara smuga mignęła z mojej lewej strony.
- Próbuję uratować mojego joint'a, nie widać?! - odkrzyknąłem obojętnie, po czym schyliłem się do falującej na wietrze, lśniącej grzywy.
- Złaź z tego zwierzęcia, albo sama to zrobię! - zagroziła jakaś wadera. Zaśmiałem się, już ze skrętem w buzi.
- Widzisz jak się boję? - razem ze słowami z mojego pyska wyleciało nieco dymu.
A potem czułem tylko, jak moja czaszka chrupnęła lekko, gdy przydzwoniłem całą głową w wieli, płaski sopel, który nagle pojawił się na mojej wysokości. Z impetem spadłem z grzbietu rumaka i upadłem na twarde podłoże.
Z trudem moje uszy wychwyciły dźwięk przeskakujących nade mną jednorożców. Zacisnąłem mocno oczy, ogarnięty spazmami bólu. W takim momencie nie chciałem nawet próbować rozmasować bolącej szczęki. Westchnąłem zażenowany i postanowiłem poleżeć sobie w miejscu, aż zachce mi się wstać i porozmawiać z tą waderą.
- Wszystko okay? - zapytała, kiedy tupot kopyt był cichy jak upadające na ziemię ptasie piórko.
Weź oddal się na kilka metrów, mam swoją przestrzeń osobistą, pomyślałem.
- Chyba zaniosę go do Kasumi'ego, on będzie wiedział, co robić - mruknęła do siebie, po czym poczułem, jak zaczyna krążyć wokół mnie, by znaleźć coś, za co mogłaby mnie pociągnąć.
- O, nie, nie nie! - zerwałem się jak oparzony z ziemi, podnosząc ogon wyniośle. - Nie chcemy żadnych Kasumich i srumich, i...
- Nie oberwałeś za mocno? - przerwała mi wadera spokojnie, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Nie aż tak mocno - burknąłem, a następnie ruszyłem szczęką na jeden bok, potem drugi. Kilka małych kości strzyknęło. Usiadłem ciężko na podłożu i zacząłem nastawiać swoją żuchwę przednimi łapami. - Ko kwoja wina - powiedziałem, gdy wadera roześmiała się, widząc moje zmagania. - Szukałem...
- Watahy? - wtrąciła się szybko, podnosząc do góry uszy oraz ogon.
- Miękzy innymi - mruknąłem niechętnie. Au, to bolało.
- Możesz dołączyć do nas - jedną z łap zaczęła robić małe kółka w ziemi. Dopiero teraz zauważyłem, że na przednich łapach miała bandaże, a na dodatek na lewej łopatce jakieś znamię.
- W sumie, czemu nie - potrząsnąłem jeszcze raz głową. - Jakaś jaskinia bez roślin wokoło się znajdzie?
- Chyba tak... - powiedziała bez przekonania. - Jestem Touka.
- Rinermai - prychnąłem, sięgając do kieszeni po papierosa. Drugi przyjaciel. - Chcesz zapalić? - zapytałem, kiedy spostrzegłem, że czarna wadera spogląda to na mnie, to na papierosa lekko przerażona.
< Touka? Zapalimy?>
Idąc między drzewami, wiedziony zapachem w stronę jakiejś wody, wyciągnąłem z kieszeni joint'a. Ogonem podpaliłem końcówkę, po czym zaciągnąłem się słodkawym dymem.
Wtem, sru, jakby tego chciała Ignis, jednorożec przeciął mi drogę. Pogalopował dalej, zostawiając za sobą tumany kurzu i rżąc głośno. Zatrzymałem się, potem najpierw potrząsnąłem szybko głową, a później przyjrzałem się uważniej mojemu joint'owi. Nie, nie, wszystko z nim okej.
Skąd tu się, u licha, wzięły jednorożce?!
Gdy ja wypuszczałem dym przez nozdrza, cała zgraja jednorogich stworzeń przebiegła mi przed nosem, a jedno z nich raczyło poczęstować się moim niedopałkiem.
- Oddawaj to! - wrzasnąłem, rzucając się za jednorożcami w pogoń. - Poskarżę się twojej mamie, że palisz beze mnie, smarkaczu! - dodałem, gdy mijałem najwolniejszych członków patatającego stada.
Rumak z joint'em w grzywie galopował prawie na początku zgrai, jednak po chwili zmagania się z jego przewrażliwionymi rodzicami oraz innymi członkami tej chorej, błyszczącej rodziny, biegłem tuż za nim. Przygotowałem się do skoku na jego grzbiet, lecz to zwierzę raczyło wierzgnąć. Brawo, Rine, unik w ostatnim momencie.
- Niewychowany bachor - warknąłem do siebie, odsuwając się w biegu na bok. Jednorożec pomachał swoją szyją. - Niedorobiony nosorożec! Żyrafa! - pokrzykiwałem wyraźnie rozbawiony i wkurzony jednocześnie.
- Ej! - usłyszałem, kiedy udało mi się złapać równowagę na grzbiecie białego rumaka. - Co ty wyczyniasz?! - jakaś szara smuga mignęła z mojej lewej strony.
- Próbuję uratować mojego joint'a, nie widać?! - odkrzyknąłem obojętnie, po czym schyliłem się do falującej na wietrze, lśniącej grzywy.
- Złaź z tego zwierzęcia, albo sama to zrobię! - zagroziła jakaś wadera. Zaśmiałem się, już ze skrętem w buzi.
- Widzisz jak się boję? - razem ze słowami z mojego pyska wyleciało nieco dymu.
A potem czułem tylko, jak moja czaszka chrupnęła lekko, gdy przydzwoniłem całą głową w wieli, płaski sopel, który nagle pojawił się na mojej wysokości. Z impetem spadłem z grzbietu rumaka i upadłem na twarde podłoże.
Z trudem moje uszy wychwyciły dźwięk przeskakujących nade mną jednorożców. Zacisnąłem mocno oczy, ogarnięty spazmami bólu. W takim momencie nie chciałem nawet próbować rozmasować bolącej szczęki. Westchnąłem zażenowany i postanowiłem poleżeć sobie w miejscu, aż zachce mi się wstać i porozmawiać z tą waderą.
- Wszystko okay? - zapytała, kiedy tupot kopyt był cichy jak upadające na ziemię ptasie piórko.
Weź oddal się na kilka metrów, mam swoją przestrzeń osobistą, pomyślałem.
- Chyba zaniosę go do Kasumi'ego, on będzie wiedział, co robić - mruknęła do siebie, po czym poczułem, jak zaczyna krążyć wokół mnie, by znaleźć coś, za co mogłaby mnie pociągnąć.
- O, nie, nie nie! - zerwałem się jak oparzony z ziemi, podnosząc ogon wyniośle. - Nie chcemy żadnych Kasumich i srumich, i...
- Nie oberwałeś za mocno? - przerwała mi wadera spokojnie, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Nie aż tak mocno - burknąłem, a następnie ruszyłem szczęką na jeden bok, potem drugi. Kilka małych kości strzyknęło. Usiadłem ciężko na podłożu i zacząłem nastawiać swoją żuchwę przednimi łapami. - Ko kwoja wina - powiedziałem, gdy wadera roześmiała się, widząc moje zmagania. - Szukałem...
- Watahy? - wtrąciła się szybko, podnosząc do góry uszy oraz ogon.
- Miękzy innymi - mruknąłem niechętnie. Au, to bolało.
- Możesz dołączyć do nas - jedną z łap zaczęła robić małe kółka w ziemi. Dopiero teraz zauważyłem, że na przednich łapach miała bandaże, a na dodatek na lewej łopatce jakieś znamię.
- W sumie, czemu nie - potrząsnąłem jeszcze raz głową. - Jakaś jaskinia bez roślin wokoło się znajdzie?
- Chyba tak... - powiedziała bez przekonania. - Jestem Touka.
- Rinermai - prychnąłem, sięgając do kieszeni po papierosa. Drugi przyjaciel. - Chcesz zapalić? - zapytałem, kiedy spostrzegłem, że czarna wadera spogląda to na mnie, to na papierosa lekko przerażona.
< Touka? Zapalimy?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)