Szczerze? Żadna, nie wiem czemu.
Świetnie. Odwala mi.
- Ta pierwsza wydała się fajna. Wprowadzę się już, dzięki za pomoc - powiedziałem najuprzejmiej jak potrafiłem. Wadera uśmiechnęła się do mnie niepewnie, po czym samotnie ruszyła w jaśniejsze tereny. Gdy upewniłem się, że nikt nie kręci się w okolicy, wyjąłem z kieszeni kolejnego papierosa.
- Od kiedy to tytoń i marihuana to chemikalia? - prychnąłem z pogardą, trzymając między zębami papierosa. Przysunąłem do końcówki moją łapę, po czym stworzyłem na niej mały płomyk. Wypuściłem powietrze przez usta, by skręt nie zapłonął.
A teraz zobaczmy, co wybrałem.
Skierowałem się do wejścia mojej jaskini. Wewnątrz znalazłem dość dużą przestrzeń, którą mogłem zostawić lub wypełnić. Przyjrzałem się wszystkiemu jeszcze raz, po czym wyszedłem na dwór i rozłożyłem się na kamieniu, tworzącym dach mojego nowego domu. Patrzyłem w kierunku, w którym zmierzałoby się, gdyby wyszło się z jaskini. Za mną rozciągał się las, jednak nieco bardziej rzadki.
Och, od kiedy jestem takim wytrawnym poeta.
- Jak bardzo pokręcony jest ten las, że znalazłem tutaj jednorożce? - mruknąłem do siebie, wypuszczając z pyska kolejny kłąb dymu. Po chwili złapałem papierosa w łapy, a z ust wypuściłem dym, który zamienił się w pierścień. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy moje dzieło poszybowało w dal.
Co, na Ignis?
Jakiś dziwnie brązowo - zielony wilk znalazł się w zasięgu mojego wzroku.
- Kangei! - wrzasnąłem jak opętany, po czym podniosłem się z ziemi, wcześniej wkładając niedopałek z powrotem do pyska. Basior (chyba) odwrócił łeb w moja stronę. Rzuciłem się biegiem w jego stronę. - Kangei, nie słyszałeś?! - wysapałem, kiedy zatrzymałem się obok niego. Jakie to dziwne, że nie uciekł z wrzaskiem.
- Słucham? - odparł zdziwiony, uśmiechając się lekko. Przekręcił lekko łeb, by lepiej mi się przyjrzeć.
- Ach, no tak! - pacnąłem się łapą w łeb. - Nie te strony...
- Przepraszam, ale ty jesteś...? - zapytał lekko podejrzliwie.
- Rinermai - w tym momencie moje oczy zabłysły w kolorach ognia. Uśmiechnąłem się tajemniczo, lecz potem uśmiech zszedł z mojej twarzy. - To był mój papieros!
- Nie można palić - przerwał mi, mocno wgniatając tytoń w ziemię. - I jestem Jasper.
- Ach, Jaspóś, jak mi miło - warknąłem do niego przymilnie.
<Jasper?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz