Minęło kilka dni od dołączenia do watahy. Zdążyłem poznać kilka wilków, jednak wydaje mi się, że i tak była to mała część całego stada. Ale, jakby bogowie byli przeciwko mi, żaden z nich nie tolerował tego, że pale.
Co w tym złego? Wiem, moje płuca staja się mniej wydatne i bla bla bla, ale inaczej mógłbym kogoś zabić. czasem jestem po prostu zbyt zdenerwowany i potrzebuje czegoś, co mnie uspokoi.
Znów położyłem się na dachu mojej jaskini, lecz tym razem bez papierosa. Był mały problem - kończyły mi się zapasy tytoniu i na razie nie mogłem znaleźć żadnego innego zioła. Planowałem już wczoraj wyruszyć na poszukiwanie czegoś odpowiedniego, ale oczywiście nie chciało mi się ruszyć tyłka wtedy, jak i dzisiaj. Westchnąłem znudzony, a mój wzrok utkwił w suchej równinie, która rozciągała się przede mną. Dopiero na horyzoncie widziałem obrzeża lasu.
Ale coś mi nie pasowało.
Czułem na sobie czyiś wzrok, lecz nie potrafiłem stwierdzić, do kogo należał, ani gdzie ten wilk się znajdował. Podniosłem łeb i rozejrzałem się uważnie. Zacząłem węszyć, aż wyczułem dość nietypowy zapach. Wstałem z kamienia, wejście do jamy zastawiłem większym głazem, po czym truchtem ruszyłem w kierunku silnej woni owoców.
Z czasem, jak zapach stawał się intensywniejszy, nabierałem coraz większej ochoty na zapalenie czegoś. Zatrzymałem się i zajrzałem do małej torby, którą zabrałem ze sobą.
Uwielbiam to. Pustka w sakwie.
Sfrustrowany zrzuciłem z siebie bagaż, który z impetem uderzył w świerk rosnący z mojej prawej strony. Potem niechętnie chwyciłem torbę w zęby i wznowiłem marsz.
Ach, ale ta podróż miała obyć się bez przeszkód?
Woń sakwy wpadała do mojego nosa, dlatego po chwili straciłem trop. Wyplułem niepotrzebny bagaż z pyska, po czym zająłem go ogniem z ogona. Klapnąłem zadem obok malutkiego ogniska i czekałem, aż skończy płonąć.
Miałem możliwość rozejrzenia się po lesie. Wszędzie rosły świerki, rzadziej drzewa liściaste, a pomiędzy nimi gęste krzewy. Gdzieś przeleciał ptak, a w oddali zauważyłem tego głupiego jednorożca. Prychnąłem pogardliwie, gdy przypomniałem sobie moje spotkanie z tym głupim stworzeniem.
Kilka minut później moja stara torba przestała się palić. Zasypałem ją wilgotnym piachem i znów zacząłem węszyć. O, teraz w prawo.
Mijałem głównie drzewa liściaste, które najwyraźniej rosły w tej części lasu zdecydowanie gęściej. Nagle dostrzegłem w oddali jakąś malutką polanę z wiśniowym drzewem na środku. Zacząłem truchtem biec w tamtą stronę, jednak zachowałem dyskrecję. Po chwili zatrzymałem się przy drzewie, które tworzyło granicę pomiędzy malutką polanką a lasem. Uważnie przyjrzałem się różowemu drzewku.
Wyglądało to poetycko, a mówię to ja, Rinermai we własnej osobie. Wiatr subtelnie porywał ze sobą różowe liście kwiatów, a potem wirował z nimi wokół drzewa. Gałęzie delikatnie uginały się w jednym miejscu, odstając minimalnie od reszty.
Wyszedłem z lasu i zatrzymałem się dwa metry przed drzewem. Widziałem coś czarnego pomiędzy kwiatami oraz gałęziami. Usiadłem powoli, nie spuszczając wzroku z czegoś, co prawdopodobnie kryło się na drzewie.
- Jest tu kto? - wygiąłem pysk w lekkim uśmiechu, gdy pomyślałem "Ale tu przecież nikogo nie ma! Chyba..."
Coś poruszyło się na gałęzi, lecz potem spadło z niej na ziemię. Zauważyłem jedynie biało - czarną sylwetkę jakiegoś wilka. Spojrzałem w jego stronę z lekkim politowaniem w moich ognistych oczach.
- No, chyba ktoś tu jest - mruknąłem do siebie, wstając. Podszedłem trochę bliżej i zatrzymałem się półtora metra przed wilkiem. Chwile później raczył obrócić się w moją stronę. - Meiyo - uśmiechnąłem się szyderczo.
- Rakka - ucięła obojętnie, rozmasowując jedną łapą grzbiet. Była prawie cała biała, ewentualnie gdzieniegdzie dostrzegłem czarne elementy.
- Co tak ostro? - prychnąłem.
Wadera nie powiedziała nic więcej.
- Shiina - odezwała się ostrożnie, kiedy chciałem ziewnąć.
<Shiina?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz