Otwieram oczy i się rozciągam. Czuję chłód, zimny powiew wiatru. Wychodzę z jaskini i się rozglądam. Słońce, a jednak znowu kicham. A już prawię zapomniałam o przeziębieniu. Jest dosyć ciepło, wiatru nie ma, podobnie jak chmur na niebie. Widzę ptaki lecące gdzieś na zachód. Do mojego nosa dociera wiele zapachów. Idę przez siebie, stawiając spokojnie łapy, które prowadziły mnie nie wiadomo gdzie. Był właśnie zachód słońca, więc zaraz zapadnie zmrok. W tym czasie dochodzę do wodospadu. Gdy na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy, ja wsadzam pysk w wodę i gaszę pragnienie. Woda jest chłodna i orzeźwiająca. Od razu mnie budzi. Siedzę na brzegu i patrzę na swoje odbicie. Powinno mi być głupio, że tak potraktowałam basiora, ale jednak niech się przyzwyczaja, jeśli tego nie rozumie. Mnie wiele razy ktoś upokarzał, odrzucał, a najlepsze, że nigdy nikt nie był dla mnie chodź odrobinę miły. Nie wiem jakie to uczucie być miłym dla kogoś, ani gdy ktoś jest miły dla ciebie. Jeśli basior tego nie rozumie, mówi się trudno. Każdy jest inny.
Na niebie pojawia się księżyc w pełni. Podnoszę łeb i pomimo przeziębienia dalej siedzę na zimnej trawie, w chłodną noc. Muszę trochę ochłonąć. Przecież staram się nad sobą panować, uczę się samokontroli, więc muszę nauczyć się oczyścić umysł i uspokoić.
Gdy jestem tego bliska, krzaki się poruszyły.
<Jasper?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz