wtorek, 29 grudnia 2015

Od Nusari do Heilee

Znużony chodziłem po lesie, moja sierść była cholernie przemoknięta. Z trudem doszedłem do obalonego drzewa, które tworzyło małe schronienie przed lejącym deszczem. Mój bagaż rzuciłem w kąt jamy, a sam momentalnie upadłem. Moje oczy rejestrowały jedynie rozmazane otoczenie, dlatego nie próbowałem walczyć z wyostrzeniem wzroku, tylko zasnąłem, wycieńczony podróżą. Przez jeszcze kilka minut słyszałem, jak krople wody uderzają o ziemię i korę drzewa, jednak z czasem przestawało mnie to interesować.
Czy to istotne jak długo spałem? Zdecydowanie nie, ale słońce zdążyło już wysuszyć moją sierść, co oznacza, że wystarczająco dużo czasu zmarnowałem. Mozolnie wstałem, po czym rozłożyłem skrzydła, zdrętwiałe i zmęczone po wczorajszej pogoni za przeklętą wiewiórką. Z moim talentem do latania mógłbym uderzyć w drzewo. Zerknąłem na sakwę, którą zabrałem ze sobą z domu. Nagle do moich nozdrzy wpadł zapach mięsa. Podniosłem do góry uszy i zacząłem węszyć łapczywie w celu odnalezienia źródła woni. Nie zważając na torbę, wybiegłem z jamy, po czym bez zastanowienia pognałem przed siebie, nie przestając wciągać przez nos wspaniałego zapachu jeleniego mięsa. Miałem taką ochotę na jedzenie, że zapomniałem o zmęczeniu. Wkrótce wpadłem na wielką, zieloną polanę, utopioną w blasku wschodzącego słońca. Przez chwilę rozglądałem się zdezorientowany, lecz potem odnalazłem posiłek. Stałem akurat na szczycie małej doliny, wchodzącej w skład wielkiej polany. Poszybowałem więc na dół, gdzie leżał martwy jeleń. Po chwili zatrzymałem się przy nim, pragnąłem ugryźć, lecz w tym samym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że jest to dziwne. Porzucony, nietknięty, a jednocześnie wielki rogacz na polanie? Tak po prostu? Coś tu jest nie tak...
- Hej, zmykaj stąd, to moje! - stanowczy, dziewczęcy głos wpadł do moich uszu. Odwróciłem się napięcie, a moim oczom ukazała się nietypowa wadera. - Nie rozumiesz?
Cały czas stałem zdziwiony, nie mając w głowie pomysłu na wytłumaczenie się.
- Mam wysłać tobie specjalne zaproszenie? - prychnęła zniecierpliwiona. Dopiero wtedy zauważyłem, że za nią leżało jeszcze kilka gryzoni. Lekko otworzyłem pysk i oblizałem się łapczywie, jednak wilczyca nie ustępowała.
- Czy mogłabyś... - zacząłem niepewnie, lecz babce się najwyraźniej się śpieszyło.
- Nie dostaniesz ani gryza - ucięła szyderczo.
- Nie mówiłem o tym - westchnąłem cierpliwie, zginając skrzydła tak, aby nie przeszkadzały mi w marszu. - Chciałem ciebie zapytać, czy nie ma w okolicy jakiejś watahy...?
- Jest jedna... - powiedziała zawadiacko, a w jej oczach pojawiły się chytre iskierki. - Mogę ciebie tam zaprowadzić, lecz potrzebuję pomocy ze zdobyczą. Czy mógłbyś?
Westchnąłem ciężko, lecz zgodziłem się. Nie sądziłem jednak, że mam nieść prawie wszystko. Wilczyca raczyła wziąć kilka wiewiórek, a resztę, cóż...
<Hailee?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz