- Och, dzięki - zadziwiło mnie zachowanie wadery, która wygląda na nieco samolubną, ale cóż - najwyraźniej pozory mylą. Usiadłem na przeciwko jelenia, po czym wgryzłem się w nieco za twarde dla mojego gustu mięso. Nie chciałem pokazać po sobie obrzydzenia jedzeniem, więc zamknąłem oczy i przełknąłem pierwszy kęs. Zakręciło mi się nieco w głowie po tym, ale żołądek prosił o więcej. Zdobyłem się jeszcze na kilka kawałków, jednak potem miałem ochotę odejść i wypluć to wszystko.
- Więc - przełknąłem ślinę jeszcze raz, wytrzeszczając lekko oczy. - Zaprowadziłabyś mnie do Alfy lub Bety? - mięso po raz kolejny odbiło się, doprowadzając mnie do lekkich młodości.
- Nie, ale pokażę ci drogę - odparła wadera obojętnie, przyglądając się pazurom przedniej łapy. - Tam, prosto, na pewno trafisz.
Oburzyła mnie jej odpowiedź, ale nie chciałem, nie miałem sił z nią dyskutować, czy nalegać. Skinąłem w podziękowaniu głową, po czym obróciłem się, wlepiając wzrok w gęste zarośla oraz wysokie drzewa. Spuściłem głowę zrezygnowany i wyruszyłem spokojnym krokiem, zostawiając za sobą wilczycę, jej jaskinię i niezbyt smaczne mięso. Kiedy już zniknąłem z pola widzenia wadery, rozejrzałem się, po czym skoczyłem w losowo wybrane krzaki, a tam wyplułem powracający kawałek mięsa. Oczyściłem pysk wielkim liściem, a następnie wznowiłem wędrówkę, nieco już żywszą. Minęło już z pół godziny, jednak ja cały czas błąkałem się po lesie, a jedynym plusem było to, że nabrałem sił. Odnalazłem mniej zarośnięty teren, gdzie wzbiłem się w powietrze. Tam, na górze, powitał mnie silny powiew wiatru, chłodny i orzeźwiający. Odetchnąłem z ulgą, uważnie rozglądając się po okolicy w poszukiwaniu grupy wilków, nawet jeden by wystarczył, lecz nic nie znalazłem. Bezcelowo obracałem głowę pod każdym kątem, aż w końcu ujrzałem w oddali ruch skrzydeł. Różniły się nieco od wilczych, ale nie obchodziło mnie to. Już chciałem pofrunąć w tamtą stronę, lecz w tym samym momencie ujrzałem w dole młode, nadłamane drzewko. Nie zważając na otaczający mnie świat, poleciałem na dół w ekspresowym tempie i zatrzymałem się przy roślince. Wiatr poderwał jej malutkie, lekko zbrązowiałe listki do góry, doprowadzając mnie do szału. Musnąłem łapą drzewko, a wokół niego pojawiła się zielona smuga, która potem zniknęła w listkach, przywracając roślinę do życia. Uśmiechnąłem się lekko, na co mój mały pacjent odpowiedział mi słabym ugięciem łodygi. Wznowiłem drogę, chociaż nie miałem pojęcia, dokąd właściwie zmierzam. Wkrótce zrezygnowany stanąłem między wielkimi drzewami i zawołałem:
- Drzewa! Powiedzcie mi, proszę, gdzie znajdują się jakieś wilki! - zapewne każdy, który by na mnie teraz patrzył, uciekłby z wrzaskiem, podkulając ogon. Tak było tym razem, jednak nie do końca - czarny basior, minimalnie niższy ode mnie stał jak wryty z lekko otwartym pyskiem i wytrzeszczonymi oczami. Już chciałem mu wytłumaczyć, że nie ma się czego bać, ale w tym momencie drzewa dały mi odpowiedź.
- Nie teraz - syknąłem, odwracając głowę w ich stronę, po czym zwróciłem się do wilka. - Nie myśl, że jestem wariatem, niech to pozostanie moją tajemnicą. Czy wiesz, gdzie znajdę Alfę tutejszej watahy?
<Kiba?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz