Po niezbyt czułym pożegnaniu z moim nauczycielem wyruszyłem w samotną podróż w poszukiwaniu... w zasadzie nie mam pojęcia czego. Mój mentor - Manu, twierdzi, że muszę znaleźć dom. To najprawdopodobniej jedna z głupich zagadek tego starego dziada. Niepotrzebnie wszystko utrudnia. Jest trochę jak duże, stare drzewo - wie bardzo wiele, ale nigdy nie powie niczego wprost, w końcu drzewa nie mówią. Więc mój nauczyciel kombinuje jak koń pod górkę i wymyśla te durne zagadki. Zaczyna mnie to coraz bardziej wkurzać, ale mimo to, gdybym nie szedł teraz w śniegu po kolana i prawie nie zamarzał, posłusznie kierował bym się do tego "domu". Czy życie musi być aż tak skomplikowane?
Najwidoczniej musi, bo jak na złość, nie mogę znaleźć żadnej jaskini, w której mógłbym odpocząć. Nie ma, to nie ma, trudno, trzeba sobie jakoś radzić i koniec. Zatrzymałem się w śniegu po kolana i rozejrzałem rozmyślając o wyjściu z tej sytuacji. W tej postaci zbyt wiele nie zdziałam, mogę co najwyżej rozpalić ognisko. Rozpuściłem odrobinę śniegu na zboczu góry, wzdłuż której idę. Z moją pomocą woda spłynęła z niego i zrobiła jakby rynnę bez śniegu, na zboczu mojej góry. Spojrzałem w dziurę. Zmasakrowana ciężarem śniegu i zamarznięta trawa mi się raczej nie przyda. Czekaj... Jestem genialny! Rozpuściłem kolejną partię śniegu nad rynną i pozwoliłem jej swobodnie nią spłynąć. Dzięki mojej mocy zamroziłem wodę, która zamieniła rynnę w wielką ślizgawkę. Szkoda, że nie wpadam na takie genialne pomysły tak szybko jak Manu. Temu piernikowi wystarczy opisać problem, aby podał rozwiązanie. Tylko to rozwiązanie nie jest tak łatwe do zrozumienia jak moje. No nic, koniec rozmyślań. Teraz muszę znaleźć jakąś deskę, po której mógłbym zjechać po ślizgawce, a idąc zasadą, że życie nie może być proste raczej prędko go nie znajdę. Po przeszukaniu zbocza na którym aktualnie się znajdowałem, z miernymi skutkami, wdrapałem się na górę, z której wziąłem wodę. Na jej płaskim szczycie znalazłem pokaźnych rozmiarów kłodę, którą spuściłem w dół po śniegu. Zbiegłem za nią. Tyle zachodu, a szybciej bym pokonał tę drogę pieszo. Trudno się mówi. Położyłem się na kłodzie i spróbowałem zjechać rynną. Nie no, jeszcze musiałem znaleźć antypoślizgową kłodę? Położyłem się zrezygnowany na śniegu, ale od razu wróciłem do poprzedniej pozycji, bo zrobiło mi się zimno. Pff, czemu ja na to nie wpadłem wcześniej? Szybko rozpuściłem kolejną partię śniegu i oblodziłem kłodę od spodu. Wskoczyłem na nią a ta od razu zaczęła się ślizgać, nawet po śniegu. Na chwilę obróciło mnie tyłem do rynny i kłoda wpadła na jej tor. Ups, to nie tak miało wyglądać! Kłoda zaczęła się kręcić podczas zjazdu i chyba nazwałbym to świetną zabawą, gdyby nie ruch, który zauważyłem przy końcu "zjeżdżalni". 'Drogi Manu, zginąłem zderzając się z czarnym zwierzęciem po szaleńczym zjeździe kłodą. Przepraszam, nie chciałem cię zostawiać.' - wysłałem ironiczne myśli do Manu. 'Masz mnie z głowy, stary' - dodałem. Obróciłem się w stronę końca zjazdu i ujrzałem czarnego wilka. Nie, nie, nie chcę mieć wadery na sumieniu! Szybko rozpuściłem odrobinę śniegu i zamroziłem go nad wilkiem, abym przeleciał nad nim. Wyleciałem w powietrze. Nie tak chciałem umrzeć!
- Właśnie uratowałem ci życie kosztem mojego! - wrzasnąłem z ironią tuż przed zderzeniem z drzewem.
***
Stałem nieruchomo w czarnej pustce. Świetnie, Manu przejął mój sen, dlatego nie mogę się ruszać. Stary dureń!
- Słyszałem! - pojawiło się w moich myślach. Jeśli już, to nie słyszałeś, tylko przeczytałeś z moich myśli. Chciałem wystawić mu język, jednak z powodu przejęcia snu, moje ciało było nie do użytku. No nic, trzeba słuchać co ma mi do przekazania. - I to mi się podoba. Mamy kilka spraw do omówienia.
Stałem bezczynnie starając się nie myśleć o niczym, co jednak nie jest zbyt proste. Mimo wszystko z moich myśli można było wyczytać jedno zdanie: 'Ja... umarłem?'
- Nie Kas, zemdlałeś. Ale pamiętasz tą waderę, którą widziałeś przed wpadnięciem w drzewo? - nie zareagowałem na jego pytanie. Oczywiście, że pamiętałem, jej obraz trudno wymazać z pamięci. Była inna niż wilki, które do tej pory widywałem. Jej znamię, którego nie rozumiałem połyskiwało w słońcu, a niebieskie oczy rozumiały cały świat. A jednak byłem dla niej wredny. Hah, no i prawidłowo! - Nie możesz się tak zachowywać! To niegrzeczne!!! Ta wadera jest tym, czego szukałeś, Kas, ona będzie domem, więc nie możesz być dla niej niemiły, bo ją stracisz. Miejsce domu wybrało twoje serce. Wybrało Toukę.
'Toukę?' - pomyślałem.
- Tak się nazywa, idioto! - Hej! To ty tu jesteś idiotą! A z resztą, spadaj z mojego umysłu! Touka, piękne imię, ale co mi po nim?
Manu opuścił mój sen i w końcu mogłem porządnie wypocząć.
***
Obudziłem się na posłaniu w jakiejś obcej mi jaskini. Od razu podeszła do mnie czarna wadera z niebieskimi oczami.
- Cześć - powiedziała.
- Hej? - zapytałem ironicznie. - Oj, przepraszam, najprawdopodobniej jestem w twojej jaskini i na twoim terenie, co stawia mnie w takiej sobie pozycji, zwłaszcza jeśli będę wobec ciebie wredny, co prędzej czy później i tak się stanie, więc jestem Kas.
Uśmiechnąłem się głupkowato, a wadera ponownie na mnie spojrzała.
<Touka?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz