Na moich bogów.
Zaraz postradam zmysły.
Albo odetnę sobie głowę.
Albo ten przeklęty ogon.
Czego chcą ode mnie bogowie, że mój ogon zachowuje się tak, jakby coś palił?
- Rozumiesz coś z tego? - spytała cicho Ivy, przypatrując mi się bacznie.
- Nawet mniej od ciebie - wydukałem z trudem, patrząc na manewrujący przed nami ogon. Podszedłem bliżej i dotknąłem go łapą. - Aua! - podskoczyłem, gdy poczułem ukłucie na końcu grzbietu. Odwróciłem głowę w tamtą stronę, po czym uśmiechnąłem się blado. - Za chwilę zwątpię w życie...
- Nusari, wszystko dobrze? - Ivy podeszła do mnie, przełknąwszy głośno ślinę. - Wyglądasz trochę słabo...
- Już nawet nie wiem, co tu się dzieje - powiedziałem z wyrzutem do nawet nie wiem kogo. Spróbowałem rozprostować skrzydła. - Na moje dni! - syknąłem, czując ostry, przeszywający ból w całym kręgosłupie. - Co się tu, u licha, dzieje?!
Bezwładnie upadłem na wyłożone liśćmi podłoże, jednak to nie przyniosło mi ulgi. Jęknąłem, nawiedzony kolejnymi spazmami bólu.
- Nie ruszaj się stąd - rozkazała po chwili namysłu wadera, a potem pobiegła w wybranym przez siebie kierunku.
- Nie sądzę, żebym mógł się ruszyć - mruknąłem z przekąsem. Nie mogłem się nawet położyć na brzuchu, tylko pozostać w bezruchu na prawym boku.
Jeżeli przyprowadzi swojego brata, osobiście go uduszę.
<Ivy? Nusari jest rybą bez ości, co teraz? ;D>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz